Notatnik

A fine WordPress.com site


Leave a comment

Na słodko tym razem

 

Porządkuję  zdjęcia i nagle trafiam na takie:

_DSC0785.JPG

No to jedziemy:

 

Długo stoimy i studiujemy zachowanie Düsseldorfa z rogu jego ogrodu. Nie widzę, na czym, ale Düseldorf jest maksymalnie skoncentrowany. Buduje nowy model, posługując się pęsetą i klejem. Znowu gdzieś wyjeżdżał. Na ławie w kuchni leży największy baton Toblerone, jaki można w ogóle kupić. Waży cztery i pół kilograma, ma ponad metr długości i jest tak gruby, jak moje udo. Sam nieraz takie widywałem, na Kastrup i na innych lotniskach, na których często bywałem w celach służbowych, zanim wyprowadziłem się do lasu. Nigdy nie odważyłem się kupić tego dużego. Myślę, że powstrzymywały mnie moje ambicje. Zawsze ambitny. Małe batony są ambitne. Pokazują, jak ojciec troszczy się o swoją rodzinę. Pamięta o niej. Myśli o niej. Wielkie toblerony są za duże, żeby mogły być ambitne. Są olbrzymie i mówią, że z kupującym jest coś nie tak. Jest bulimikiem albo obżartuchem. Jest samotny. Jest dziwny. Może być jakikolwiek. Łapię się na tym, że szanuję tę stronę osobowości Düsseldorfa. Jego otwartość umysłu. A dziś wieczorem Düseldorf wietrzy dom. Drzwi wychodzące na ogród są otwarte na oścież, ponieważ on wietrzy, a wietrzy, ponieważ pali. Nawet samotni palacze wietrzą. Do tego już doszło. A ja mogę to wykorzystać. Proszę Bongo, żeby stał za krzakiem cicho jak mysz pod miotłą, a sam przez drzwi do ogrodu zakradam się do środka, czołgam po podłodze w kuchni w stronę olbrzymiego toblerona, w stronę olbrzymiego, żeby nie powiedzieć gigantycznego toblerona, którego całym sobą pragnę. To więcej niż chęć, czuję, że moje ciało żąda cukru, to pociąg do cukru, a dzięki tej czekoladzie miałbym zapewniony cukier na całe miesiące, może na cały rok. Wyciągam ramię w stronę ławy kuchennej i ciągnę kolosa, bliżej i bliżej, tak że w końcu leży już na brzegu i przechyla się w moją stronę. Nie wydaję najmniejszego dźwięku, tak jak myśliwi i zbieracze w całej historii, pracując, nigdy nie robiliśmy hałasu, wręcz przeciwnie, jesteśmy cicho od czterdziestu tysięcy lat. Prawie go mam, wyciągam się, wyciągam się i nie słyszę, że Düseldorf wstaje i idzie do kuchni. Działam w trybie maksymalnej koncentracji, w trybie, który odfiltrowuje zbędny hałas, a system tak właśnie definiuje nadejście Düsseldorfa. To fatalna pomyłka, a ja, jak kretyn, niczego nie podejrzewam. Nagle on wyłania się zza rogu, widzi, co się święci, leci do toblerona, łapie go kurczowo i zaczynamy go sobie wyrywać. Nie puszczam tej olbrzymiej czekolady, ale Düsseldorf również ani myśli się poddać. To pojedynek w klasycznym stylu i chociaż – czysto teoretycznie – jestem od niego silniejszy, już po chwili ze zdumieniem śledzę ruchy Düsseldorfa, który wyrywa batona z moich rąk i kilkakrotnie uderza mnie nim z całych sił w głowę. Robi mi się ciemno przed oczami. Kiedy odzyskuję przytomność, mam związane ręce, niestety tak to trzeba ująć, i leżę na podłodze w kuchni, nawiasem mówiąc, wyłożonej linoleum.

                Godziny mijają, a z salonu dobiegają mnie odgłosy, które towarzyszą sklejaniu modeli. Düsseldorf niestrudzenie robi swoje i zupełnie się mną nie przejmuje. Świadczy to o jego imponującej powściągliwości. Jest totalnym maniakiem.

 – Co pan buduje? – pytam w końcu.

Słychać jedynie odgłosy budowy.

 – Co pan buduje? – pytam jeszcze raz.

 – Zakładam, że to pan bywał u mnie w piwnicy i zabierał mi dżem i mięso.

 – Obawiam się, że tak jest w istocie. Zabrałem swego czasu parę drobiazgów, ale już z tym skończyłem.

 – Skończył pan, ponieważ założyłem alarm.

 – Może ma pan rację.

 – I teraz znowu pan zaczął.

 – Odczuwam palącą potrzebę cukru. Cukier jest mi niezbędny.

Düseldorf przez chwilę buduje. Potem słyszę, jak coś odkłada na stół i wstaje. Wchodzi do kuchni, otwiera toblerona i kuchennym nożem odkraja kawałek. Podaje mi go. Prosto do ust.

„Hoho! – myśli moje ciało. – Cukier!”. Cały mój organizm wypełnia błoga radość. Niewiele mi było potrzeba. Tak już jesteśmy zbudowani. Tak cholernie banalnie.

 

Erlend Loe, Doppler, słowo/obraz terytoria, 2006, s. 42-44.


Leave a comment

W czasie deszczu…

…różne teksty się trafiają. Dzisiaj takie:

 

            Potem zapisałam naszą rozmowę, tak, jak przechowałam ją w pamięci:

–  Jesteśmy już wymierającym plemieniem. Mamutami! Jesteśmy z pokolenia,  które wierzyło, że istnieje coś większego niż życie ludzkie. Że jest Ojczyzna i wielka idea. No i Stalin. Po co kłamać? Jak to mówią u nas: z piosenki słowa nie wyrzucisz.

– To oczywiste… U nas w oddziale była odważna dziewczyna… Chodziła na tory kolejowe. Wysadzać. Przed wojną zabrano całą jej rodzinę: ojca, matkę i dwóch starszych braci. Mieszkała z ciotką, siostrą mamy. Od pierwszych dni wojny szukała partyzantów. W oddziale widziano, że zawsze rwała się naprzód. Chciała udowodnić… Wszystkich odznaczano, a jej nigdy. Nie dali jej medalu, bo rodzice byli wrogami ludu. Przed samym przyjściem naszego wojska urwało jej nogę. Odwiedziłem ją w szpitalu… Płakała… „ Za to teraz – mówiła – wszyscy mi uwierzą”. A ładna była…

Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, 2010, Czarne, s. 103

               Potem jednak Majer uznał za stosowne przypomnieć jej najważniejsze:

– Między sercem a językiem jest otchłań – powiedział. – Pamiętaj o tym. Myśli trzeba kryć, zwłaszcza gdy urodziłaś się na swoje nieszczęście kobietą. Myśl tak, żeby myśleli, że ty nie myślisz. Zachowuj się tak, żeby innych zmylić. Tak musimy wszyscy robić, a kobiety w szczególności. Talmudyści wiedzą o sile kobiet, jednak się jej boją, dlatego przekłuwają dziewczynkom uszy, żeby je osłabić. Ukrywamy się. Udajemy głupich, udajemy jakichś innych ludzi, którymi nie jesteśmy. Przychodzimy do domu i ściągamy z twarzy maski. Spoczywa na nas ciężar milczenia, masa duma.

                I teraz, gdy Jenta leży przykryta po szyję w Korolewskiej drewutni, wie, że wszystkich oszukała.

Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe, Wydawnictwo Literackie, 2015, s. 753-752.

 


Leave a comment

Les Visiteurs

W związku z odwiedzinami średniowiecznych gości na zajęciach PNJF zostawiam grupie odnośniki do materiałów do samodzielnego opracowania.

Les Visiteurs – repliques cultes

“C’est okkkkayyy!”

Myślę, że warto się do tego przyłożyć – w realnym (czyt.  pozauniwersyteckim)  świecie słownictwo może się okazać bardzo przydatne. Niekoniecznie, żeby go od razu używać, ale głównie po to, żeby w razie potrzeby rozumieć, w jaką sytuację komunikacyjną zabrnęliśmy.

A to w ramach powtórki z rozrywki 🙂

 


Leave a comment

Już za chwilę

8 marca, wiadomo. Z tej okazji życzę sobie i wokoło, żeby wobec odwiecznej pokusy przechytrzania natury i w pędzie do równania wszystkiego ze wszystkim nie zapominać, że różnice są. I są po to, żeby je szanować i się nimi cieszyć. Bo bez nich Ziemia byłaby płaska jak naleśnik.

 

 

OPOWIADANIE O STARYCH KOBIETACH

Lubię stare kobiety
brzydkie kobiety
złe kobiety

są  solą ziemi

nie brzydzą się
ludzkimi odpadkami

znają odwrotną stronę
medalu
miłości
wiary

przychodzą i odchodzą
dyktatorzy błaznują
mają ręce splamione
krwią ludzkich istot

stare kobiety wstają o świcie
kupują mięso owoce chleb
sprzątają gotują
stoją na ulicy z założonymi
rękami milczą

stare kobiety
są nieśmiertelne

Hamlet miota się w sieci
Faust gra rolę nikczemną i śmieszną
Raskolnikow uderza siekierą
stare kobiety są
niezniszczalne
uśmiechają się pobłażliwie

umiera bóg
stare kobiety wstają jak co dzień
o świcie kupują chleb wino rybę
umiera cywilizacja
stare kobiety wstają o świcie
otwierają okna
usuwają nieczystości
umiera człowiek
stare kobiety
myją zwłoki
grzebią umarłych
sadzą kwiaty
na grobach

lubię stare kobiety
brzydkie kobiety
złe kobiety

wierzą w życie wieczne
są solą ziemi
korą drzewa
są pokornymi oczami zwierząt

tchórzostwo i bohaterstwo
wielkość i małość
widzą w wymiarach właściwych
zbliżonych do wymagań
dnia powszedniego

ich synowie odkrywają Amerykę
giną pod Termopilami
umierają na krzyżach
zdobywają kosmos

stare kobiety wychodzą o świcie
do miasta kupują mleko chleb
mięso przyprawiają zupę
otwierają okna
tylko głupcy śmieją się
ze starych kobiet
brzydkich kobiet
złych kobiet

bo to są piękne kobiety
dobre kobiety
stare kobiety
są jajem
są tajemnicą bez tajemnicy
są kulą która się toczy

stare kobiety
są mumiami
świętych kotów

są małymi
pomarszczonymi
wysychającymi
źródłami owocami
albo tłustymi
owalnymi buddami

kiedy umierają
z oka wypływa
łza
i łączy się
na ustach z uśmiechem
młodej dziewczyny

Tadeusz Różewicz

DSC0037


Leave a comment

To nie ma tytułu

Wojna w Iraku skończyła się prawie rok temu ale ciągle ginie tam wielu amerykańskich żołnierzy. Za każdym razem kiedy tata o tym myśli, zaczyna się denerwować, a wtedy mama próbuje delikatnie zmienić temat, żeby zaczął myśleć o czymś przyjemniejszym.

 – Nie ma sensu wściekać się o rzeczy, których nie możemy zmienić, Randall – mówi. – Każdy na miarę swoich możliwości stara się, żeby świat był bezpieczny. Prezydent Bush wykonuje swoją robotę, ty – twoją, a ja – moją.

Robota mamy polega na dbaniu o to, żebym ja był bezpieczny, i moim zdaniem mamy najbezpieczniejszy dom na kuli ziemskiej. Został zaprojektowany z myślą o bezpieczeństwie dzieci, co mama wytłumaczyła mi parę tygodni temu. (…)

 – Nasz dom jest bezpieczny dla dzieci – powiedziała – co oznacza, że zrobiliśmy wszystko, co się dało, by nie stała ci się w nim krzywda.

 – Czyli jest dziecioodporny – powiedział tata – tak jak nasze drzwi są kuloodporne, bo zrobiliśmy wszystko, co się dało, by zabezpieczyć je przed atakiem.

 – Nie, nie – sprzeciwiła się mama – Jest różnica między tym, co jest przed czymś zabezpieczone – jak substancja wodoodporna, przez którą nie przedostaje się woda – a tym, co jest bezpieczne dla kogoś. Nasz dom nie jest zabezpieczony przed dziećmi, ale bezpieczny dla nich; miejmy nadzieję, że w stu procentach.

 – A moja whisky ma tylko czterdzieści procent, więc lepiej, Sol, byś jej nie ruszał.

Mama zaśmiała się, bo tata ciągle próbował żartować, ale sposób, w jaki się śmiała, sugerował, że powinien przestać; potem wyliczyła wszystko, co zrobili, żeby zabezpieczyć dom. Na przykład zasłonili wszystkie gniazdka elektryczne na wypadek gdybym próbował wtykać w nie palce, żeby prąd mnie nie poraził tak że włosy stanęłyby mi dęba i wywaliłoby mi gałki oczne jak kotu w kreskówce albo zbrodniarzowi którego prezydent Bush posłał na krzesło elektryczne. Wszystkie rogi stołu i komody zabezpieczyli miękkimi plastikowymi ochraniaczami, żebym się nie uderzył i  nie zranił w głowę tak strasznie, że krew by sikała i trzeba by mnie w te pędy odwieźć do szpitala i założyć szwy, a moi rodzice staliby nade mną, rwąc sobie włosy z głowy z rozpaczy i poczucia winy. Zablokowali też przyciski do włączania kuchenki elektrycznej, żebym nie zapalił jej przez przypadek i nie poparzył się, wkładając dłoń w ogień lub podpalając zasłony, od których zająłby się cały dom, zamieniając mnie w kupkę zwęglonych szczątków ludzkich jak żołnierza w Iraku wśród ruin naszego domu, kiedy tata właśnie wziął na niego drugą pożyczkę. Nawet ubikacja jest zabezpieczona, żeby deska nie mogła mi spaść na siusiaka przy załatwianiu się, co chyba musi boleć. Kiedy chce mi się kupę, muszę wołać mamę, żeby przyszła odpiąć haczyk i ostrożnie opuściła deskę.

 

Nancy Huston, Znamię [Lignes de faille], Wydawnictwo Dwie Siostry, 2008, s.25-26

OLYMPUS DIGITAL CAMERA


Leave a comment

Są kolejne i ostatnie…

… blogi oczywiście, tym razem w schemacie 2 + 2. Bo dwa blogi, pisane w duetach. W Skosie znaleźć można (między innymi) kilka interesujących uwag o skutkach wspólnie wypitego szampana, o wyższości dźwięków nad literkami  i o różnicy pomiędzy sposobem a wymówką.

Za to Blogujące filolożki proponują piękne zdjęciowe widoki i zdradzają, jaki jest związek pomiędzy spółgłoskami  i myślami samobójczymi 😉 Jest też nietuzinkowo o pożytkach płynących z harcerskiej przeszłości i o podróży na drugą stronę tęczy. To ja się dokładam do tego tęczowego wątku moją ulubioną podniebną piosenką.

Tą piosenką dziękuję też za wszystkie blogi. Wiem, że pisane były pod przymusem i rygorem zaliczenia. Ale i tak dziękuję. Świadomie czy nie – przypomniały Panie o tych cennych sprawach, które w pogoni za “wynikami”  codziennie gubimy i kto wie, jaką kiedyś za to zapłacimy cenę. Tak tak, z tych blogów wykluło się właśnie to, o czym jako humaniści powinniśmy nieustannie przypominać i o czym, jak mi się zdaje, coraz bardziej (my akademicy) zapominamy w tym szaleństwie pięknych opakowań bez treści.


Leave a comment

Dlaczego dzieci boli brzuch

Podczas gdy znany Poszukiwacz Zaginionego Czasu –  Marcel Proust –  zużywa ponad tysiąc stron czasu swojego i naszego, aby dojść do odkrywczego wniosku, że czasu cofnąć się nie da, Romain Gary w kilku żołnierskich słowach wyjaśnia, skąd się biorą u dzieci  bóle brzucha.

 

 

Z początku nie myślałem, że pani Roza opiekuje się mną tylko po to, żeby pod koniec miesiąca dostawać pieniądze. Jak się dowiedziałem, że za mnie płacą, miałem już sześć, może siedem lat i strasznie mnie to rąbnęło. Byłem pewny, że pani Roza kocha mnie po prostu, za nic, że coś dla siebie znaczymy. Dlatego płakałem całą noc i to było moje pierwsze wielkie zmartwienie.

Pani Roza od razu zauważyła, że jestem smutny, i zaczęła mi tłumaczyć, że rodzina to nic takiego; niektórzy, jak wyjeżdżają na wakacje, to nawet zostawiają psy przywiązane do drzewa i co roku umiera trzy tysiące takich opuszczonych psów, pozbawionych opieki rodzicielskiej. Wzięła mnie na kolana i przysięgała, że jestem dla niej kimś najdroższym na świece, a ja zaraz pomyślałem o pieniądzach, rozryczałem się i uciekłem.

Zszedłem na dół, do kawiarni pana Drissa i usiadłem naprzeciwko pana Hamila, co jest wędrownym sprzedawcą dywanów we Francji i wszystko widział. Pan Hamil ma piękne oczy, które wszystkim dobrze robią. Jak go poznałem, był już stary i do tej pory nic tylko się starzeje.

– Proszę pana, dlaczego pan się zawsze uśmiecha?

– Bo dziękuję codziennie Bogu, że mi dał taką dobrą pamięć, mój mały Momo.

Nazywam się Mohamed, ale wszyscy wołają na mnie Momo, żeby było krócej.

– Sześćdziesiąt lat temu, kiedy byłem młody, spotkałem kobietę, która mnie pokochała, ja też ją kochałem. Trwało to osiem miesięcy, potem ona się przeprowadziła, minęło sześćdziesiąt lat, a ja jeszcze ją pamiętam. Mówiłem jej: nigdy cię nie zapomnę. Mijały lata, nie zapomniałam. Niekiedy ogarniał mnie strach, miałem jeszcze przed sobą wiele lat życia, to czy mogłem być pewny, że dotrzymam danego słowa, ja, prosty człowiek? Przecież Bóg zamyka szufladki naszej pamięci. Ale teraz już się nie boję: nie zapomnę Dżamili. Zostało mi bardzo mało czasu, niedługo umrę.

Pomyślałem o pani Rozie, zawahałem się i spytałem:

– Proszę pana, czy można żyć bez miłości?

Nie odpowiedział. Napił się mięty, mięta jest zdrowa. Od jakiegoś czasu pan Hamil chodzi ciągle w szarej dżelabii, bo nie chciałby stawić się przed Bogiem w marynarce. Popatrzył na mnie i słowem się nie odezwał. Pewnie myślał, że jestem jeszcze niedozwolony dla młodzieży i że niektórych rzeczy nie powinienem wiedzieć. Miałem wtedy chyba siedem lat, a może osiem, nie mogę wam dokładnie powiedzieć, bo nie miałem daty urodzenia, jak się potem sami przekonacie, kiedy się lepiej poznamy, chyba że nie będziecie chcieli.

– Dlaczego pan mi nie odpowiada?

– Jesteś jeszcze zupełnie młody, a jak człowiek jest bardzo młody, to lepiej, żeby wszystkiego nie wiedział.

– Czy można żyć bez miłości?

– Można – powiedział i spuścił głowę, jakby się wstydził.

Rozpłakałem się.

Długo nie wiedziałem, że jestem Arabem, bo nikt mi nie wymyślał. Dopiero w szkole mi to powiedzieli. Ale ja się nigdy nie biłem, to boli, jak kogoś uderzyć.

Pani Roza urodziła się w Polsce jako Żydówka, ale przez wiele lat radziła sobie w Maroku i w Algierii i znała arabski tak jak my wszyscy. (…)

Z początku nie wiedziałem, że nie mam matki, a nawet że w ogóle trzeba mieć. Pani Roza starała się o tym nie mówić, żeby mi głupie myśli nie przychodziły do głowy. Nie wiem dlaczego się urodziłem i jak to właściwie było. (…)

Przychodziło do nas dużo matek, raz albo dwa razy na tydzień, ale zawsze do innych. Prawie wszystkie dzieci u pani Rozy były od kurew i jak któraś matka wyjeżdżała na prowincję na kilka miesięcy, żeby tam sobie radzić, zawsze odwiedzała dzieciaka przed wyjazdem i po powrocie. I tak właśnie zacząłem mieć kłopoty z powodu matki. Zdawało mi się, że wszyscy mają matkę, tylko ja nie. Dostawałem skurczów żołądka i konwulsji, żeby tylko przyszła. Po drugiej stronie ulicy mieszkał jeden chłopak, co miał piłkę, i on mi powiedział, że jego matka przychodzi zawsze, jak go boli brzuch. Rozbolał mnie brzuch, ale to nic nie dało, a potem miałem konwulsje i też nic. To żeby się pokazać, zacząłem nawet srać po całym mieszkaniu. Nic. Moja matka nie przyszła, a pani Roza nawymyślała mi od arabskich sraluchów, pierwszy raz, bo ona nie jest Francuzką. Darłem się na nią, że chcę zobaczyć moją matkę, i przez parę tygodni srałem gdzie popadło, żeby się zemścić. Pani Roza powiedziała w końcu, że jak tak dalej będzie, to przyjadą z Domu Dziecka, i tu się nastraszyłem, bo Dom Dziecka to pierwsza rzecz, o której się dzieci dowiadują. No to srałem dalej dla zasady, ale co to za życie. Pani Roza miała wtedy u siebie siedmiu gówniarzy i wszyscy zaczęli srać na wyścigi, bo dzieciaki zawsze muszą małpować, i tyle tego wszędzie leżało, że ja się już wcale nie liczyłem.

Pani Roza i bez tego była stara i zmęczona i bardzo źle to znosiła, bo przecież prześladowali ją już kiedyś za Żydówkę. Właziła kilka razy dziennie na szóste piętro i jej dwie biedne nogi z trudem dźwigały te dziewięćdziesiąt pięć kilo żywej wagi, a kiedy wchodziła i wszędzie śmierdziało, padała na fotel z całym majdanem i w płacz; no ale trzeba ją zrozumieć. Mówiła, że Francuzów jest pięćdziesiąt milionów mieszkańców i że gdyby wszyscy tak srali, to nawet Niemcy by uciekli, nie wytrzymaliby. Pani Roza w czasie wojny dobrze te Niemcy poznała, ale wróciła stamtąd do siebie. No więc wchodziła do domu, wszędzie śmierdziało, zaczynała wrzeszczeć: „Oświęcim mi tu robicie, prawdziwy Oświęcim!”, bo kiedyś wywieźli ją z Żydami do Oświęcimia. Ale co do rasizmu, to zawsze była w porządku. Na przykład mieszkał u nas mały Mojżesz, i jemu wymyślała od arabskich brudasów, ale mnie nigdy. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że jest taka delikatna, chociaż taka gruba. W końcu dałem spokój, bo i tak nic z tego, moja matka nie przychodziła, ale długo jeszcze miałem skurcze i konwulsje i nawet teraz przez to czasami boli mnie brzuch. Potem próbowałem czego innego, żeby mnie zauważyli. Ściągałem z lady w sklepach pomidora czy melona, czekałem zawsze, żeby ktoś się odwrócił i zobaczył. Kiedy wychodził właściciel i dawał mi po gębie, wrzeszczałem na cały głos, no ale w końcu ktoś na mnie zwrócił uwagę.

Jednego razu ukradłem jajko ze straganu przed sklepem spożywczym. Właścicielem była kobieta, no i przyuważyła mnie. Wolałem kraść tam, gdzie są kobiety, bo jedyna rzecz, co wiedziałem na pewno, to to, że moja matka jest kobietą, inaczej nie da rady. Wziąłem jajko, schowałem do kieszeni. Właścicielka wyszła i czekałem, aż mnie uderzy, toby mnie na pewno zauważyli. Ale ona tylko przykucnęła i pogłaskała mnie po głowie. I nawet powiedziała: „Jaki śliczny chłopczyk!”

Pomyślałem najpierw, że chce odebrać jajko i bierze mnie pod włos, więc trzymałem je mocno w kieszeni. Mogła przecież po prostu dać mi za karę w łeb, tak właśnie robi matka, kiedy człowieka przyuważy. Ale ona wstała, podeszła do straganu i dała mi jeszcze jedno jajko. A potem mnie pocałowała. Miałem chwilę nadziei, nie mogę wam tego opisać, to niemożliwe. Aż do południa stałem tak przed sklepem i czekałem. Bo ja wiem, na co? Kobieta uśmiechała się do mnie czasem, a ja ciągle stałem z moim jajkiem w garści. Miałem sześć lat czy coś koło tego i myślałem, że to jest na całe życie, a przecież chodziło tylko o jajko. Wróciłem do domu i przez cały dzień bolał mnie brzuch.

 

Romain Gary, Życie przed sobą, Czytelnik, 1978,  s.7-10

 

A skoro o dzieciach mowa, w wolnym czasie warto  wybrać się w świat, żeby odwiedzić 21 dziecięcych sypialni. Jak widać, nie wszystkie mają pojęcie, co to Ikea. No i może jeszcze zobaczyć przy okazji, jak żyją dzieci i ich rodzice w wieży Babel.